środa, 13 maja 2009

Dżizas co za żenada!

Mam zwyczaj być z rana budzonym przez program pierwszy Polskiego Radia. Niestety dziś raczył mnie obudzić Lech Wałęsa dając wywiad na temat książki o nim, przygotowywanej przez historyków z IPN .

Dżizas, co za żenada!

Im starszy staje się ten człowiek, tym żałośniej wypada. Jego zachowanie nie jest już ani śmieszne, ani gorszące, staje się po prostu upiornym symptomem pogarszającej się kondycji psychicznej.



Na pytanie, co żałuje z przeszłości, Wałęsa odpowiada:

Nic, nic, z dużych rzeczy nic nie żałuję. Ja miałem pomoc z nieba, prowadziłem walkę idealnie, od 70 roku to właściwie ja toczyłem największy bój z bezpieką i z komunizmem. Nie z ludźmi, żeby było jasne, ja nie walczyłem z ludźmi, ja walczyłem z systemem, ucząc się, poprawiając i kończąc wreszcie – ku zaskoczeniu wszystkich – kończąc tę walkę.



Już pani Konopnicka opisała taki przypadek:

O większego trudno zucha, jak był Stefek Burczymucha, - Ja nikogo się nie boję! Choćby niedźwiedź... To dostoję!...



Wałęsa zawsze był śmiesznym megalomanem, ale teraz na prawdę uwierzył, że to Pan Bóg do niego dzwonił z radami, jak walczyć z komuną! A my prostacy dajemy wiarę pomówieniu, że to były rozmowy w gabinecie oficera prowadzącego.



Ślubowski pyta o agentów w jego otoczeniu, wymienia nazwisko Wachowski:

Nie, nie, Wachowskiego proszę wykluczyć, natomiast paru było i ja nawet wiedziałem, kto. I nawet ich nie wymieniałem, a korzystałem z ich pracy, no bo nie mogli się odkryć, musieli moją robotę wykonać, więc nawet dawałem im pracę.



Założę się o dolary przeciw orzechom, że wiem kogo miał na myśli "skarb naszej historii". I pewnie wkrótce dowiemy się o tym, tak jak dowiedzieliśmy się, że "mamy idiotę za prezydenta"



A jak ocenia skarbuś obecne rządy miłości w wykonaniu "Geniusza Andów", kawalera orderu "Słońca Peru"?

Wciąż mu łatki przypinają politycy typu Rydzyk, wciąż psują to, co on robi, w związku z tym musimy dać mu trochę więcej czasu.

Okazuje się, że to wredny Rydzyk psuje zbudowane autostrady i stadiony, a nienawistne Kaczory wprowadzają podwyżki na gaz i prąd, dotąd darmowo rozdawany przez "miłujących" naród.



A co Wałęsa ma do powiedzenia o polityce zagranicznej?

No tak, ale tutaj to prezydent robi te wszystkie afery, utrudnia i to on nie zdaje egzaminu, to on jest na inne czasy. I tak trzeba to widzieć. I rzeczywiście będziemy ponosić jeszcze parę... trochę szkód w różnym miejscu, aż wyczyścimy układ polityczny i tak personalnie, jak i programowo



Tak panie Lechu, mogę się zgodzić, że trzeba wyczyścić układ polityczny. Ale ten, któryś pan sam w pocie czoła tworzył wzmacniając lewą nogę. A co do pana, personalnie, to radzę znaleźć dobrego psychoanalityka, który panu powie:Kończ Waść, wstydu narodowi oszczędź!

Cały wywiad: http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=14469

środa, 12 marca 2008

Idy marcowe

Od dawna zabierałem się do napisania o marcu owego słynnego sześćdziesiątego ósmego roku. Byłem wtedy uczniem klasy przedmaturalnej. Za rok miałem zostać studentem Uniwersytetu im. Bolesława Bieruta. Tegoż Bieruta, który przez dobrych kilkanaście lat był idolem „ofiar czystki antysemickiej”.


Obecnie na temat tej czystki tworzone są mity, które z prawdą historyczną niewiele mają wspólnego. Jak mity te oddziałują na młodych ludzi przekonałem się przeczytawszy taki oto fragmencik: (…)ale nadal tematem tabu jest stopień zaangażowania polskiego społeczeństwa w antysemickie wystąpienia w marcu 68 r.(…)


Prawda jest taka, że zaangażowanie społeczeństwa polskiego w tych wydarzeniach było żadne. Była to bowiem typowa sowiecka prowokacja - z wojną izraelsko-arabską w tle - która zakończyła się wielką kłótnią w komuszej rodzinie.


W 1967 roku na Bliskim Wschodzie miał miejsce blitzkrieg zwany wojną sześciodniową. Wojska Izraela rozgromiły w oszałamiającym tempie siły zbrojne Egiptu, Syrii i Jordanii. Zwycięstwo to było możliwe dzięki temu, że Izrael dysponował dokładnymi planami przeciwnika, a przeciwnikiem był w istocie sam ZSRR, bowiem to tak zwani „doradcy” sowieccy stworzyli strategię wojny z Izraelem. Po przegranej wojnie sowieci zorientowali się, że mają u siebie „piątą kolumnę”. Jak to u nich, w przypadku braku winnego zbrodni, wina spada na cały kolektyw i to kolektyw musi ponieść surową karę.


Wszystko co działo się w PZPR musiało mieć akceptację sowietów. Polscy komuniści nie mieli swobody działania, robili wszystko pod dyktando starszej siostry – KPZR i jej herszta, genseka. Dlaczego w Polsce sowieci postanowili ukarać „czerwonych” Żydów? Odpowiedź dał prof. Paczkowski w jednym z wywiadów radiowych. W szeregach PZPR panowała sprzyjająca temu atmosfera, panowały stosunki „korporacyjne”. Awansować w strukturach partyjnych mogli wyłącznie krewni i znajomi królika, a królikiem tym był klan byłych członków KPP. W partii wydatne kości policzkowe przegrywały z haczykowatym nosem. Blondyni przegrywali z brunetami.


W PZPR ścierały się dwa nurty: „partyzanci” pod przywództwem Mieczysława Moczara - ubeka i sowieckiego agenta i „syjoniści”, partyjni biurokraci niemający dobrze określonego przywódcy, ale za to potężne zaplecze intelektualne w osobach Adama Schafa, Zygmunta Baumana, Leszka Kołakowskiego i innych. Młodzieżową emanacją tej grupy byli tak zwani „komandosi” Jacka Kuronia i jego przybocznego – Adama Michnika. Łącznikiem między korporacją „syjonistów” i komandosami był Karol Modzelewski.


Awantura ze zdjęciem z afisza Dziadów w reżyserii Deymka, to nie był spontaniczny zryw lecz zaplanowana prowokacja polityczna. Według Andrzeja Mencwela, który był „komandosem” lecz potem ochoczo zeznawał o stosunkach panujących w tej grupie, to Karol Modzelewski usilnie wszystkich namawiał do zorganizowania jakiejś akcji protestacyjnej. Czy był to jego pomysł, czy przekazywał polecenie z góry? Kto to wie? W każdym razie okazja się nadarzyła i z niej skorzystano. Skorzystały obie zwalczające się grupy. I tak rozpoczęły się czystki w PZPR.


Kto na tych wydarzeniach stracił? Czy „syjoniści” wygnani z Polski? Z pewnością - tak! Strata ciepłych posad i prestiżowych stanowisk była na pewno bolesna. Ale na Zachodzie mieli oni zapewnione „miękkie lądowanie”. Otrzymywali natychmiastową pomoc organizacji międzynarodowych oraz żydowskich. Teraz jednak są przedstawiani jako główne ofiary tamtych wydarzeń. A to jest nieprawda. Prawdziwymi ofiarami była polska młodzież i polska inteligencja, polska nauka i kultura.


Strajki studenckie na uczelniach miały katastrofalny skutek. W samym Wrocławiu relegowano z uczelni około 1600 osób. Chłopaków wcielano do wojska i wysyłano do karnych kompanii. Wiele osób skazano po cichu na wieloletnie więzienia. Jednak głośnym na Zachodzie był tylko proces Kuronia, Michnika i Szlajfera. Wyrzucono z uczelni wielu pracowników naukowych, którzy poparli strajki. Nauka polska na skutek tej pacyfikacji została opanowana przez oportunistów i ludzi o wątpliwej kondycji moralnej. To wtedy ukuto termin „docent marcowy” albo „docent z ustępu”, bo wprowadzona ustawa o szkolnictwie wyższym przewidywała w jakimś tam ustępie jakiegoś tam paragrafu, że ludzie zasłużeni dla partii mogą otrzymać stanowisko docenta nie mając habilitacji.


Polska poniosła jeszcze jedną poważną stratę. To właśnie wtedy z „komandosów” wykrystalizowały się lewicowe, trockistowskie elity, których kosmopolityczna i w gruncie antypolska działalność zatruwa do dzisiaj nasze życie publiczne. To oni, podstępnie zmieniając przegraną wtedy batalię o „socjalizm z ludzką twarzą” na walkę o niepodległość i prawa człowieka, przyłączyli się do masowego ruchu jakim była „Solidarność”. Dzięki sprytnym machinacjom zdystansowali innych działaczy niepodległościowych i przy okrągłym stole ustalali warunki przejęcia władzy od komunistów.


To oni opanowali media i sterują teraz zbiorową wyobraźnią czytelników, słuchaczy, widzów. To oni wypaczają historię i działają ręka w rękę z „przedsiębiorstwem holocaust”. To w końcu nieprzypadkowo teraz wydano książkę Grossa i nieprzypadkowo teraz chcą automatycznie przywracać obywatelstwo polskie wszystkim emigrantom marcowym. Przywracać bez pytania o to czy ktoś ma na to ochotę. Zbrodniarze komunistyczni tacy jak brat Michnika czy Wolińska teraz będą mogli demonstracyjnie, w świetle kamer, odmówić przyjęcia obywatelstwa kraju antysemitów. I o to właśnie im chodzi.

sobota, 16 lutego 2008

Raport LiD zawiera peany na cześć PiS

Ze zdumieniem znalazłem na onecie notatkę o tytule "Raport LiD zawiera peany na cześć... PiS". Z jeszcze większym zdumieniem przeczytałem wybrane akapity raportu autorstwa znanych lewicowych politologów i działaczy postkomunistycznych, profesorów: Janusza Reykowskiego, Jacka Raciborskiego, Jerzego Wiatra oraz działaczy partyjnych: Krzysztofa Janika i Lecha Nikolskiego.
Oto co piszą ci panowie-towarzysze:

Tylko PiS ma spójną wizję Polski, tylko PiS przedstawia sposoby radzenia sobie problemami kraju i tylko PiS wie, po co wygrywać wybory .

Żaden z konkurentów PiS nie miał rozwiniętej, przekonującej oferty dla Polski

Jedyną spójną wizję problemów kraju i sposobów radzenia sobie z nimi przedstawiał właśnie PiS

Posiadanie klarownej, spójnej narracji jest jednym z istotnych warunków uzyskania politycznej wyrazistości (…). Wśród podmiotów politycznych w Polsce tylko jeden umiał sformułować i przedstawić taką narrację – jest to Prawo i Sprawiedliwość, a przede wszystkim jej przywódca

No brawo panowie profesorowie, przynajmniej w tajnych dokumentach zdobywacie się na pisanie prawdy, bo na przykłąd w takiej Tusk Vison Network opowiadacie dyrdymały, okłamujecie telewidzów, włazicie do tyłka człowiekowi bez właściwości z Gdańska.

Aha, panie Olejniczak, znacznie taniej wyniesie pana regularne czytanie bloga fluxona, niż płacenie grubej forsy utytułowanym oszustom politycznym za pisanie raportów

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Erika Steinbach chwali Donalda Tuska

Muszę wyznać, ze gdy usłyszałem o tym fakcie, to poczułem przypływ satysfakcji. Zawiodą się jednak zwolennicy platformy, nie z powodu ich ulubieńca Donalda. Gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o pomyśle naszego złotoustego premiera o budowie muzeum drugiej wojny światowej w Gdańsku, to natychmiast zadałem sobie pytanie: kiedy Erica Steinbach pochwali tę ideę? Im szybciej to zrobi tym bardziej, moim zdaniem, będzie ten pomysł po myśli niemieckich „poprawiaczy historii”. Długo nie musiałem czekać.
Tylko naiwni mogą się nabrać na uzasadnienie, że mogłoby to być muzeum zastępujące centrum przeciwko wypędzeniom w Berlinie. Tusk, to bardzo przebiegły człowiek i doskonale wiedział, że sformułowanie zadań muzeum w takim duchu nie uzyska natychmiastowej aprobaty Niemców, ale sama idea stworzenia czegoś takiego jest dla nich bardzo atrakcyjna. Poprzez odpowiednią jej modyfikację można z niej stworzyć dobre narzędzie do realizacji przynajmniej części niemieckich zamierzeń. Dlatego propozycja Tuska ma „podwójne dno”, które należy pokazać.
Aby tego dokonać, przypatrzmy się jak wypędzenia przedstawiają działacze ziomkostw.Bardzo charakterystyczna tutaj jest wypowiedź Przewodniczącego Ziomkostwa Prus Wschodnich Wilhelma von Gottberga z 2005 roku. Szef ziomkostwa stwierdził, że uczestnicy Konferencji Poczdamskiej (17.7 - 2.8. 1945 r.) nakazali przeprowadzenie wysiedleń ludności niemieckiej w sposób uporządkowany i humanitarny. Podczas konferencji przywódcy USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR postanowili przymusowo przesiedlić Niemców z Polski i innych krajów środkowoeuropejskich. Zalecenie - w sposób uporządkowany i humanitarny - było dla krajów wypędzających nieważnym sloganem. Masowe wypędzenia ze stron ojczystych miały czasem charakter ludobójstwa Gottberg zakwestionował także stanowisko reprezentowane przez byłego ministra spraw zagranicznych Polski Władysława Bartoszewskiego, który powiedział, że wypędzenia zorganizowała „przysłana z Moskwy i narzucona Polsce klika”.Według Gottberga ta wypowiedź odpowiada polskiej racji stanu zakładającej, że Polacy byli w przeszłości zawsze tylko ofiarami. Nie odpowiada jednak historycznej prawdzie. Zastanówmy się nad ostatnimi dwoma zdaniami, bowiem jak w krzywym zwierciadle, ogniskują one intencje niemieckich „poprawiaczy” historii. Chodzi im w sposób oczywisty o zamazanie relacji przyczyna-skutek. Chodzi im o zatarcie różnicy pomiędzy agresorem i ofiarą. Jak ten cel miałoby wspierać muzeum w Gdańsku? Moim zdaniem w sposób bardzo subtelny. Po odpowiednich modyfikacjach całej idei, bardzo misternie wpisałoby się w logikę niemieckiego widzenia historii najnowszej. Jakie to mogłyby być modyfikacje. Bardzo proste. Wypędzenia Polaków i innych narodów zostają przedstawione w Gdańsku, a nie w Berlinie, gdzie dokumentuje się tylko niemieckie wypędzenia. W ten sposób wypędzenia Niemców nabierają „charakteru europejskiego”, a wypędzenia innych narodów „charakteru lokalnego”. Wypędzenia Niemców są teraz traktowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, a wypędzenia innych narodów jako przejawy lokalnych konfliktów etnicznych. Sprawą wypędzeń niemieckich powinna zająć się cała Europa, są bowiem problemem europejskim, natomiast wypędzenia innych trzeba rozpatrywać wyłącznie jako działania wrogie pomiędzy uczestniczącymi w konflikcie narodami. Czyli, mówiąc krótko, wypędzenia Niemców są drugim Holocaustem, a inne wypędzenia już nie. Tak właśnie ma wyglądać prawda historyczna we współczesnej niemieckiej interpretacji.

wtorek, 4 grudnia 2007

The sum of all fears

To było piękne expose. Expose na miarę serialu brazylijskiego. Statyczna dłużyzna, ale za to zagęszczona intensywnymi uczuciami. Było zwłaszcza uczucie miłości, potem zdrada, przebaczenie, a na koniec zaufanie. Zaufanie wielokrotnie odmieniane przez wszystkie przypadki. Już nawet zapomniałem, kto komu zaufał: Naród Donaldowi czy Donald Narodowi. Ale jakoś tak to było.
Z klasycznego expose premier Donald zrobił rosół: bezbarwny, bez smaku i do tego bez zapachu. Ten rosół jednak to miód na serce „niektórych”, bo „niektórzy” znaleźli w nim zapewnienie, że będzie pojednanie, porozumienie, będzie spokój. A wiadomo nic tak nie kontentuje „niektórych” jak spokój w telewizorze. Niechby i wojna na dworze byle był spokój w telewizorze.
(takie motto mi się ułożyło)
Ten spokój, z pewnością, zapewni „niektórym” walterownia z michnikownią (michnikownia- copyright by McGregor). Tekst takiego ładnego expose da się przecież przerobić na wiele spektakli z gadającymi głowami. Głowami, które będą na wszelkie możliwe sposoby wysysać, oblizywać i cmokać w okrągłe zdania Tuska. Już teraz zastępy propagandzistów z naukowymi tytułami obrabia perełki tuskowej prozy, marząc przy okazji o honorarium za gęganie w jednym z tefauenowskich programów.
Ale skąd, jak u Clancy’ego, suma wszystkich strachów?
To proste, potwierdzają się obawy, o jakich wielu z nas już wcześniej pisało.
Po pierwsze
Tusk nie ma programu rządzenia, bo to, o czym mówił w swoim expose można nazwać tylko zbiorem pobożnych życzeń.
Obniżenie podatków, zlikwidowanie deficytu budżetowego, podniesienie do godziwego poziomu płace sfery budżetowej, stworzenie silnej armii zawodowej i rozwinięcie na dodatek infrastruktury - to wszystko sprzeczne miedzy sobą cele. Co charakterystyczne, pan Donald powiedział, że to wcale nie będzie gra o sumie zerowej, ponieważ cały deficyt wypełni społeczna energia Polaków.
Skąd my to znamy!
Za Bieleckiego ulubionym powiedzonkiem liberałów była „niewidzialna ręka rynku”. Premier Donek wie, że to określenie jest zużyte semantycznie a jego aferalny kontekst już rozszyfrowano. Dlatego niewidzialna ręka rynku zostaje zastąpiona społeczną energią.
Po drugie.
Przedstawiony w expose „program” reformy służby zdrowia, to nic innego jak program zaprezentowany przez Sawicką na taśmach CBA. Co mnie obchodzi, że wiele szpitali zostanie przekazanych samorządom terytorialnym, skoro skutek będzie taki, o jakim mówiła Sawicka. Zostaną wykupione, w procesie prywatyzacji przez bankructwo, przez lokalne sitwy tak zwanych „biznesmenów”.
Po trzecie.
Odmieniane słowo „zaufanie” nasuwa nieodparte skojarzenie, że chodzi tu o coś zupełnie innego. Na zaufaniu nie buduje się skutecznej polityki rządu. Mieliśmy natomiast przez ostatnich osiemnaście lat istny festiwal „zaufania”, „praw człowieka”, „domniemania niewinności” i tym podobnych szczytnych haseł. Okazywało się jednak zawsze, że te szczytne pojęcia miały zastosowanie wyłącznie w różnego rodzaju aferach. Prawidłowa sekwencja zdarzeń była następująca: najpierw było zaufanie do człowieka, który był powoływany na jakiś urząd, potem były jego niezbywalne prawa, a następnie domniemanie niewinności. W końcowym efekcie afera rozchodziła się „po kościach”. A w skrajnych przypadkach stosowano to prawodawstwo „miłości” do zwykłych gangsterów. Dla mnie słowo zaufanie było mrugnięciem oka w stronę partyjnych koleżanek i kolegów: "nareszcie będziemy kręcić lody bez przeszkód".Na taki rozwój wypadków wskazuje nominacja na ministra sprawiedliwości, adwokata reprezentującego wielu bardzo ustosunkowanych aferzystów. Moim zdaniem ta nominacja, to jedno z największych łajdactw w ciągu ostatnich osiemnastu lat RP. To kpina z obywateli!
A jak wielkie musi mieć "zaufanie" nasz premier Donald do absolwenta Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, że powierzył mu funkcję kadrowca w Ministerstwie Spraw Zagranicznych? No jak wielkie?
Po czwarte
W sprawie polityki zagranicznej żadnych konkretów. Czyżby brak wskazówek? Czy najpierw Berlin musi się dogadać z Moskwą?
A w sprawie bezpieczeństwa energetycznego niemrawe zapewnienie o kontynuacji poprzednio wyznaczonych celów, z zastrzeżeniem jednak, że mogą one ulec zmianie. Czyżbym miał rację pisząc o „Nowym rozdaniu w tej samej partii pokera”? Nie chciałbym jej mieć, ale expose zamiast rozwiać moje podejrzenia, tylko je umocniło.

Wunderwaffik

Gdy dowiedziałem się z panującej medialnie nad stadnym myśleniem rodaków walterowni, że Polska ma wunderwaffe w osobie pana Bartoszewskiego, to zaraz wyobraziłem sobie, że zacny ów staruszek zostanie umieszczony w głowicy bojowej aparatu Fau jeden i wystrzelony w kierunku zachodnim, szybując nad Berlinem, zakrzyczy swym jakże charakterystycznym dźwięcznym sopranem:
Nie wierzcie frustratom czy dewiantom psychicznym, którzy swoje problemy psychiczne odreagowują na niemieckim narodzie (...). Kategorycznie wypraszam sobie lżenie Polski przez Erikę Steinbach razem z Rudim Pawelką!
Pomarzyć dobra rzecz, ale niestety rzeczywistość jest brutalna. Okazało się bowiem, że to w Berlinie ku nam wystrzelono owe Fau jeden, a wunderwaffik wylądował w gabinecie naszego wspaniałego nowego premiera, który jak przystało na wnuczka swego dziadka, podarek ów z wdzięcznością przyjął i nawet zatrudnił w randze sekretarza stanu w swojej kancelarii.
Teraz Donek będzie wyręczał się wunderwaffikiem w tworzeniu polskiej zagranicznej polityki berlińskiej.
Zabieg taki jest ze wszech miar dogodny dla miłościwie panującego nam premiera, bowiem wszystkie skutki, jakie mogą wynikać z tak prowadzonej polityki zbliżenia z naszym sąsiadem, objawiące się najprawdopodobniej realnym zbliżeniem realnej granicy do Warszawy, będą przedstawiane jako zasługa wunderwaffika.
Zresztą, co tu dużo gadać, wunderwaffik ma wielkie zasługi na polu budowania niemiecko-polskich więzi. Otóż 28 kwietnia 1995 roku został zaproszony na uroczyste posiedzenie Bundestagu i Bundesratu i tam wygłosił następujące prorocze słowa:Pamiętamy z wielką odwagą sformułowane zdania nieżyjącego już dziś wybitnego polskiego myśliciela i eseisty Jana Józefa Lipskiego, ideowego polskiego socjaldemokraty, który w 1981 roku z goryczą powiedział: 'Wzięliśmy udział w pozbawieniu ojczyzny milionów ludzi, z których jedni zawinili na pewno poparciem Hitlera, inni biernym przyzwoleniem na jego zbrodnie, jeszcze inni tylko tym, że nie zdobyli się na heroizm walki ze straszliwą machiną terroru - w sytuacji, gdy ich państwo toczyło wojnę. Zło nam wyrządzone, nawet największe, nie jest jednak i nie może być usprawiedliwieniem zła, które sami wyrządziliśmy. Wysiedlanie ludzi z ich domów może być w najlepszym razie mniejszym złem, nigdy - czynem dobrym'. W pełni identyfikuję się z tezami mojego zmarłego przyjaciela Jana Józefa Lipskiego
Ze zrozumiałych powodów, miłościwie panująca wtedy nad mózgami Polaków Gazeta Wyborcza, 19 kwietnia 1995 roku w obszernym omówieniu nie zamieściła tej części wystąpienia. Każdy rozumie, że zrobiła to w dobrze pojętym interesie narodowym - w interesie swojego narodu. Tekst ten zamieszczono później, w wydanej w Polsce przy wsparciu finansowym Fundacji Konrada Adenauera książce: Przeprosić za wypędzenie? (Kraków 1997).
Natomiast minister spraw zagranicznych RFN Klaus Kinkiel doceniając działania wunderwaffika dla swojego narodu wręczył mu w grudniu 1996 r w Moguncji złoty medal Towarzystwa imienia Gustawa Stresemanna. Tego Stresemanna - ministra spraw zagranicznych Niemiec w latach 1923-1929, którego sylwetkę tak charakteryzował Joshka Fisher na łamach Gazety Wyborczej z 6-7 maja 2000 r:Celem Stresemanna była bowiem głównie rewizja granic na niekorzyść Polski, której istnienia w formie z 1928 r. nie akceptował (...) wszelkie starania Francji o „wschodnie Locarno” udało się Stresemannowi zniweczyć. Polska straciła również najwięcej i to właśnie było celem stresemannowskiej polityki.
Stresemann dążył do zmiany granic wschodnich Niemiec na szkodę Polski. Jego celem było m.in. odzyskanie dla Niemiec Gdańska, przejęcie przez Niemcy "polskiego korytarza" i przesunięcie na Górnym Śląsku granicy z Polską na korzyść Niemiec.
Czyli Stresemanna śmiało można określić mianem „polakożercy”, ale wunderwaffikowi, jak zawsze łasemu na wszelkie dowody uwielbienia jego osoby, nie przeszkodziło to w przyjęciu medalu, może także z tego względu, że nie odebrał pełnego uniwersyteckiego wykształcenia historycznego.
Widać jak sprawnie będzie teraz działał nasz najlepszy od 18 lat rząd, rząd fachowców. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych kadrowcem został „wypuskinik” Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, co zapewni nam z tąże Moskwą dobre stosunki, bo będziemy teraz konsultować na Kremlu kandydatury na wyższych urzędników ministerialnych i ambasadorów.
W ochronie zdrowia, i nie tylko tam zapewne, kręcić lody będzie zredukowane do duetu trio: Schetyna i Kopacz.
W Ministerstwie Sprawiedliwości obrońca uciśnionych, Ćwiąkalski, doprowadzi do powrotu na łono kraju prześladowanych przez kaczystowski reżym: Stokłosę i Krauzego, którzy po ekspresowym oczyszczeniu z zarzutów zainkasują zadośćuczynienie odpowiednie do ich „ratingu” w magazynie Forbes.
A miłościwie panujący nam Donio Wspaniały opierając sie na tak zacnych personach, pozostanie zupełnie poza wszelką krytyką - jak ten Stalin, co to dobrotliwym Ojcem Narodu był, ale miał okrutnych pomagierów, którzy za jego plecami ludzi mordowali.

poniedziałek, 19 listopada 2007

Nowe rozdanie w tej samej partii pokera

Kilka lat temu na morzu Barentsa Rosjanie odkryli ogromne złoża gazu i ropy. Złoża te zwane polami sztokmanowskimi leżą w odległości około 550 km od Półwyspu Kola i obejmują obszar 1400 km kwadratowych i zawierają zasoby w ilości 3.000 miliardów metrów sześciennych gazu oraz 27 mld ton ropy. Gdy zasoby te zostaną uruchomione będzie można czerpać z nich rocznie od 60 do 100 mld m sześciennych gazu.
Początkowo Rosjanie, ze względu na potrzebę gigantycznych nakładów finansowych, postanowili dopuścić koncerny zagraniczne do udziału w zagospodarowaniu i eksploatacji tych złóż. Oto, co agencje donosiły w drugiej połowie 2005 roku:Rosyjski Gazprom zaproponował pięciu zachodnim koncernom energetycznym współpracę przy zagospodarowywaniu gigantycznego Sztokmanowskiego Złoża Gazowego w rosyjskim szelfie kontynentalnym na Morzu Barentsa. Na wstępnej liście (short-list) potencjalnych partnerów rosyjskiego monopolisty gazowego w tym projekcie, ogłoszonej na konferencji prasowej w Moskwie przez prezesa Gazpromu Aleksieja Millera, znalazły się norweskie Statoil i Norsk Hydro, francuski Total oraz amerykańskie Chevron i Conoco Phillips. Inwestycje w pierwszej fazie realizacji projektu sztokmanowskiego szacuje się na 10-13 mld dolarów, a wartość całego projektu - na 20 mld USD. Miller poinformował, że pakiet większościowy w konsorcjum, które zajmie się eksploatacją złoża, będzie należeć do Gazpromu. Udziały partnerów mniejszościowych nie zostały jeszcze określone.
Wszystko zapowiadało się tak pięknie dopóki Kanclerzem Federalnym był Schroeder. Wtedy to powstała koncepcja budowy rurociągu po dnie Bałtyku. Niestety Schroeder upadł, pojawiła się Angela Merkel. I co agencje donoszą?
Wiceprzewodniczący partii chrześcijańsko-demokratycznej CDU Roland Koch ostrzega przed wpływami rosyjskiego Gazpromu w Niemczech. Uważa on, że Niemcy muszą się bronić przed wykupywaniem ważnych przedsiębiorstw przez Rosję i Chiny. Roland Koch twierdzi, że nie można dopuścić do tego by takie państwowe przedsiębiorstwa jak rosyjski Gazprom posiadały wszystko w jednym ręku - od złóż gazu i ropy po własność niemieckich dystrybutorów energii. Domaga się - w związku w tym - uchwalenia jeszcze w tym roku przepisów chroniących niemieckie przedsiębiorstwa przed niechcianymi inwestorami z zagranicy. Koch wskazuje na podobne francuskie i amerykańskie przepisy chroniące kluczowe resorty narodowej gospodarki.
Z tego komunikatu wynika, że w Niemczech rozsądnie patrzą na sprawę bezpieczeństwa energetycznego. Ale można z niego wyczytać także, że Rosja w zamian za dopuszczenie koncernów zachodnich do eksploatacji swych złóż żąda możliwości zakupu sieci przesyłowych w Europie. Mimo, że zachodnie koncerny i Gazprom przebierają nóżkami z niecierpliwości, aby dobić targu, żądania stawiane przez Moskwę ze zrozumiałych przyczyn nie są do przyjęcia w chytrej Europie.
I tu pojawia się sprawa Polski. Polska jest dobrym kompromisem dla obu stron. Gdy Rosja kupi sobie Orlen i PGNiG, to koncerny zachodnie uzyskają dostęp do pól sztokmanowskich.
I wilk będzie syty i owca cała.
Moskwa od jakiegoś czasu usiłowała zakupić Orlen i Lotos, ale czy to łapówki były za małe, czy to agenci zbyt leniwi, jednym słowem nie udało się.
Dochodzi zapewne do porozumienia, kto i jak ma popierać odpowiednie siły w Polsce, aby przez nie uzyskać dostęp do akcji Orlenu i innych strategicznie ważnych spółek. Dzieje się to jednak w czasie afery Rywina, gdy czerwone pająki i ich kontrahenci z Wyborczej ulegają publicznemu rozgnieceniu – na śmierć.
Tym samym Rosja nie może być już rozgrywającym, bo jej agentura popełnia publiczne harakiri. Ale pozostaje w grze strona „europejska”, która ma też w tym bantustanie swych „reprezentantów”. Ci reprezentanci posiadają już „know-how” jak kraść majątek publiczny, ponieważ są najbardziej cwaną ferajną z przegranego AWS. Szybko przegrupowują się w nową partię o wdzięcznej nazwie: Platforma Obywatelska.
Przychodzą wybory 2005 roku i już, już, ... wszystko toczy się pomyślnie, aż tu nagle potworne Kaczory, niewiadomo jakim sposobem je wygrywają.
Interes nie dochodzi do skutku.
Rosja obrażona na Zachód za niedotrzymanie poufnych porozumień wstrzymuje udział zachodnich koncernów w eksploatacji pól sztokmanowskich.
Całą grę trzeba zaczynać od początku.
Tym razem niepoprawnym Kaczorom ustawia się polskojęzyczne media na karku, na stałe. Nie tylko media. Uruchomiona zostaje cała agentura, a zwłaszcza najcenniejsza jej cześć zwana -„autorytety”.Efekt jest w końcu osiągnięty i partia, która ma gwarantować dopełnienie „dealu” Wschód-Zachód dochodzi do władzy.
Rozważania tego typu byłyby nieużyteczne, gdyby nie można było na ich podstawie pokusić się o jakieś przewidywania. Co, zatem, możemy oczekiwać w następnym roku?
Po pierwsze, po cichu lub nie, zostanie dokonana sprzedaż akcji Orlenu lub Lotosu, lub PGNiG (lub wszystkich naraz) Gazpromowi.
Po drugie Rosja zniesie embargo na mięso, co zostanie odtrąbione jako niebywały sukces "partii miłości i zgody narodowej" oraz osobiście jej wodza, który po tym, tryumfalnie uda się do Moskwy.
Po trzecie opozycja będzie krzyczeć o nowym pakcie Ribbentrop-Mołotow, ale tym razem przystojny Radosław zapewni, że leży to w interesie bezpieczeństwa energetycznego kraju.
Po czwarte, i najważniejsze, zachodnie koncerny dostaną zgodę na udział w eksploatacji pól sztokmanowskich.
I partnerzy tego geszeftu będą szczęśliwi, bo dobili interesu tanim, czyli polskim kosztem.
Tylko my, jak zwykle ockniemy się ze snu, z ręką w nocniku.

Moskwa kontratakuje

Oberkagiebista z Kremla może z zadowoleniem swe krwawe rączki zacierać. Sytuacja normalizuje się. W Polsze partia zdrady interesu narodowego święci triumf. Gazociąg będzie budowany po dnie i zapewne za pieniądze europejskie, gdy już tuskowi macherzy za wieprzowinę w Rosji szlaban w Brukseli podniosą. Do polskiego koncernu energetycznego w ramach spłaty politycznego poparcia w wyborach pan Tusk byłego agenta SB na posadzie prezesa ma zamiar posadzić. Wszystko wspaniale się zapowiada, moskiewscy odpuszczą parę setek tysięcy ton wieprzowiny, stosunki się ocieplą a agentura wpływu będzie mogła tubylcom zaprezentować sukces swojej dyplomacji.
Na Węgrzech od dwóch lat sytuacja jest wyśmienita. Premierem jest Gyurcsany, postkomunista oraz były komunista, i steruje nawą państwową w najlepszym dla Wegier kierunku, czyli wschodnim. Pomimo protestów nieuświadomionych tubylców, premier dzielnie przy pomocy policji trzyma się na stołku i skrupulatnie wypełnia tajne wskazówki Kremla. Jak zadzwoni telefon z wiadomego kierunku i go „poproszą”, to popiera ideę budowy gazociągu północnego, choć Węgrom do Bałtyku daleko. Ostatnio mianował szefem specsłużb Sandora Laborca, „wypusknika” Akademii Wojskowo-Politycznej im. Dzierżyńskiego – kolebki wszystkich sowieckich „razwiedczikow”z KGB. Laborc jest wszechstronnie wyszkolony, bo studiował całe 10 lat w okresie 1970-1980. Jakoś tak dziwnie się składa, że w przyszłym roku Węgry obejmą przewodnictwo w NATO-wskiej komisji do spraw służb bezpieczeństwa krajów członkowskich. Tak wszechstronnie wykształcony przewodniczący, toż to prawdziwa perła dla sojuszu będzie!

W Gruzji sprawy też idą w dobrym kierunku. Saakaszwilego opozycja nazywa „faszystą”. Śmiać się chce. Czy polska opozycja wyczytała swe hasła z tego samego kremlowskiego okólnika, co i gruzińska? Z tej samej moskiewskiej instrukcji obsługi wprowadzania demokracji w byłych satelitach ZSRR? Bardzo prawdopodobne - zbieżność chyba nieprzypadkowa. Saakaszwili zrobił rozsądny manewr zapowiadając przyspieszone wybory w styczniu. Ale natychmiast objawił sie kontrkandydat - niejaki Patarkaciszwili, najbogatszy oligarcha w Gruzji, współwłaściciel „niezależnej” , opozycyjnej stacji telewizyjnej. Czyżby gruziński Walter? Na razie Patarkaciszwili dał drapaka do Izraela, bo jedną część podwójnej helisy ma z tamtych stron. Maja Narbutt z Rzeczpospolitej pisze w korespondencji z Tbilisi :[Patarkaciszwili] w Gruzji troszczy się o swą reputację i stara się sprawiać wrażenie dobrodusznego filantropa, któremu bliskie są wartości demokratyczne – choć ciągle na jaw wychodzą sprawy stawiające go w dwuznacznym świetle, jak bliska przyjaźń z Andrejem Ługowojem, agentem służb rosyjskich podejrzewanym o zabójstwo Aleksandra Litwinienki
Satrapa z Kremla ma z czego się cieszyć. Rozpoczęta w 2000 roku odbudowa wpływów na terenach tak zwanej „bliskiej zagranicy”, czyli terenach uważanych przez Moskwę za swoje, przebiega niespiesznie ale systematycznie. Działają doskonale stare dobre sowieckie metody, posługiwanie się stetryczałymi „użytecznymi idiotami” lub kupionymi za srebrniki politykami, lub mediami w celach ogłupiającej i jątrzącej propagandy. Doszły też nowe elementy polityki uzależniania polegające na szantażu energetycznym całych państw. Wszystko to działa wyśmienicie i przy milczącym poparciu brukselskich urzędników, którzy albo nie zdają sobie sprawy z toczonej gry, albo biorą ciężkie pieniądze za niezdawanie z niej sobie sprawy. Na razie to działa. Na razie.

Z pamiętnika młodej lekarki

CIEKAWE PRZYPADKI: Zespół psychoorganiczny


Opis przypadku:
Pacjent z zaawansowanym upośledzeniem czynności poznawczych usilnie próbuje upodobnic się do Koszałka-Opałka z baśni pani Konopnickiej "O krasnoludkach i sierotce Marysi". Po podaniu środków sedatywnych twierdzi, że jest zatrudniony w telewizji TVN na etacie autorytetu moralnego

piątek, 2 listopada 2007

Czynnik inteligentny w kosmologii

Pytania o wpływ jaki może mieć czynnik inteligentny na środowisko kosmiczne nie jest pozbawione sensu zważywszy, że istoty ludzkie z racji swej inteligencji miały ogromny wpływ na środowisko ziemskie. Jest to kolejny temat jakim zajął się John D. Barrow w swej najnowszej książce.[1]
Naukowcy przyzwyczaili się do wykluczania swej obecności we wzorach i eksperymentach przez siebie wymyślanych. Akt badania świata przypominał obserwacje miłośnika ptaków będącego w całkowitym ukryciu. W fizyce dziewiętnastowiecznej doświadczalne badanie świata nie miało wpływu na przedmiot badany. To musiało się nieodwracalnie zmienić wraz z okryciem teorii kwantów.
W czasie, gdy rozważano możliwość „stworzenia” Wszechświata w laboratorium,tematem tym zajął się Edward Harrison[2], kosmolog z Uniwersytetu w Arizonie . Kosmolodzy badali warunki – raczej ekstremalne – jakie byłyby potrzebne do wywołania następnego okresu wiecznej inflacji. Nie jest to tak katastroficzne jak się wydaje, ponieważ „wytworzony” inflacyjny w laboratorium pęcherzyk wszechświata rozszerzyłby się w przestrzeń z prędkością światła i nikt by nic nie zauważył. Prostej recepty na jego wytworzenie jak dotąd nie znaleziono, chociaż trudności pewnego dnia mogą być jednak pokonane. Przypuśćmy, sugerował Harrison, że trudności techniczne mogą być przezwyciężone i cywilizacje znacznie bardziej rozwinięte od naszej są w stanie w swoim otoczeniu sterować kierunkiem wiecznej inflacji poprzez produkcję miniwszechświatów w laboratoriach. A jeśli to potrafią, to potrafią mieć wpływ na wyniki w zasadzie przypadkowych procesów toczących się w końcowej fazie inflacyjnego rozszerzania się wczesnego miniwszechświata. A to oznacza, że niektóre (może wszystkie) stałe fizyczne i siły przyrody mogą być świadomie ustalane.
W nieskończonym wszechświecie wśród wszystkich możliwości jest i taka, że muszą istnieć obszary zasiedlone przez zaawansowane cywilizacyjnie istoty zdolne do stworzenia swych własnych wszechświatów za pomocą wirtualnej symulacji. Mogłyby one posiadać komputery o mocy obliczeniowej przewyższającej moc naszych komputerów o niewyobrażalny czynnik. Zamiast tylko symulować rozwój galaktyk - tak jak my - będą mogli pójść dalej i obserwować rozwój gwiazd i układów planetarnych. Potem włączając prawa biochemii do swych astronomicznych symulacji będą zdolni do obserwowania ewolucji życia i powstawania świadomości - mogąc przyspieszać wszystkie procesy w dowolnej skali czasowej. Tak jak my obserwujemy cykle życiowe muszki owocowej, tak oni będą w stanie obserwować rozwój inteligentnego życia, patrzeć jak powstają cywilizacje i komunikują się ze sobą, rozważać czy istnieje Wielki Programista w Niebie, który stworzył ich wszechświat i mógłby interweniować w razie postępowania wbrew prawu naturalnemu, co zwykle u siebie obserwują.
Najbardziej alarmującą myślą o takim prostym scenariuszu przyszłości jest to, że my sami moglibyśmy żyć teraz w czyjejś symulacji. To nie jest znowu taka dziwaczna idea, jak może się wydawać. Czy nie jest to podobne do wielu wierzeń religijnych, gdzie Bóg jest Wielkim Programistą, który decydował się interweniować po utworzeniu świata w jego sprawy (jak w ortodoksyjnej doktrynie chrześcijańskiej) lub nie interweniować po dokonaniu kreacji (jak w deizmie)? Ten scenariusz nie jest niemożliwy. Gdy tylko pojedyncza zaawansowana cywilizacja będzie w stanie wytworzyć symulowane rzeczywistości na tyle skomplikowane, by zawierały obserwatorów, to nieskończenie wiele różnych innych też będzie mogło to zrobić.
Ale zaraz jednak widzimy jak powstaje nowy problem, gdy dopuścimy świadomych obserwatorów do interwencji we Wszechświecie, zamiast przyjąć, że należą oni do grupy „obserwatorów”, którzy nic nie robią. W takim wypadku kończymy na scenariuszu, w którym bogowie pojawiają się ponownie w nieograniczonej liczbie pod postacią programistów o mocy sprawczej życia i śmierci symulowanych rzeczywistości. Programiści ustalają prawa, które rządzą ich światami. Mogą je zmieniać, mogą w każdym momencie przerwać symulację; obserwować jak symulowane istoty dyskutują o tym, czy istnieje bóg, który interweniuje lub nimi rządzi; czynić cuda albo skrycie narzucać swoje zasady etyczne. I przy tym cały czas mogą nie mieć najmniejszych wyrzutów sumienia, gdy kogoś skrzywdzą, bo przecież ich rzeczywistość – zabawka nie jest realna. Mogą nawet doczekać się takiego stadium, kiedy ich symulowane rzeczywistości dojrzeją do tego stopnia, że będą mogły stwarzać swoje własne symulowane rzeczywistości.
Robin Hanson[3] zwrócił uwagę na to, że przebywanie w symulowanej rzeczywistości może mieć swój wpływ na to, jak człowiek powinien postępować. Pisze następująco:
Jeśli miałbyś żyć w symulacji, to nie przejmuj się innymi, żyj dniem dzisiejszym, stwarzaj wizję swej zamożności, usilnie staraj się uczestniczyć w ważnych wydarzeniach, bądź przyjemnym i godnym uznania, staraj się zadawalać ważnych ludzi w swym otoczeniu i postaraj się być obiektem ich zainteresowania.
Przeżycia symulacyjne, niezależnie na ile mogą się wydawać realne, są z o wiele większym prawdopodobieństwem nagle i nieprzewidywalnie przerywane niż typowe realne przeżycia. To nasuwa Hansonowi myśl, że „nie powinieneś zawracać sobie głowy swoją i ludzkości przyszłością, staraj się żyć dniem dzisiejszym”. Wiadomo, że w filmach i teatrze gwiazda otoczona jest grupą innych dobrych aktorów, których zadaniem jest gra wraz z nią, ale jeśli odejść od gwiazdy dalej, to napotyka się aktorów gorzej płatnych, statystów biorących udział w scenach zbiorowych i tych, którzy stoją niemo z halabardą. Podobnie w symulowanych rzeczywistościach, postaci z dala od twoich poczynań mogą być w sposób trikowy symulowane i nie należy specjalnie nimi się przejmować. Hanson sugeruje:
jeżeli jesteś postacią w czyjejś symulacji, przede wszystkim bądź miły! Bądź sławny! Bądź kimś ważnym! To pozwoli ci zwiększyć szanse na twoją symulowaną egzystencję i na to, że zechcą cię znowu symulować w przyszłości. Nie spełnisz tych wymogów, a staniesz się jak postać z opery mydlanej, szybko wylatująca ze scenariusza na skutek wyjazdu do Władywostoku, aby nigdy już nie wrócić.
Gdy oglądamy w wiadomościach, w jaki sposób ludzie się zachowują, to szybko dochodzimy do wniosku, że musimy żyć w symulacji! Jednak to o niczym nie przesądza. To, jak powinniśmy się zachowywać zależy wyłącznie od moralnych zasad programistów. Jeśli będą chcieli być zabawiani, to dobrze zrobimy będąc zabawnymi. Ale jeśli są oddani szlachetnym celom, to mamy wielką szansę na powtórną swą kreację i powtórzenie symulacji zostając męczennikami słusznej sprawy. Choć te wzorce zachowań nie należy brać poważnie jako podstawę swego życia codziennego, to ogniskują one wyraziście zasadnicze problemy filozofii moralnej i nasze na nie reakcje. Jeśli symulowane rzeczywistości są najbardziej powszednie i my jesteśmy uczestnikami jednej z nich, niepokojące może być tylko to, czy są to jakieś znane nam symulacje. Ale dlaczego musiałyby być? Jeśli zawsze używaliśmy słowa „symulacja” dla określenia rezultatu niepowtarzalnego aktu kreacji przez Boga, to znajdujemy się w bardzo podobnej sytuacji, aczkolwiek mamy do czynienia z Programistą wyższego rodzaju.
[1] J. D. Barrow, The infinite book, a short guide to the boundless, timeless and endles , Jonathan Cape, London 2004
[2] E.R.Harrison, The Natural Selection of Universes containing Intelligent Life, Quaterly Journal of the Royal Asteronomical Society 36, 193 (1995) i Creation and Fitness of the Universe, Astronomy and Geophysics, 39, 27, (1998).
[3] R. Hanson, How to Live in a Simulation, Journal of Evolution and Technology, 7 (2001),